Od jakiegoś czasu usilnie rozmyślam nad sensem mojego życia. Niestety coraz częściej dochodzę do przykrego wniosku, że ono właściwie sensu jest pozbawione. Mimo to wciąż szukam, sama nie wiem czego, ale szukam. Niedawno z przerażeniem stwierdziłam, że moja jedyna i największa pasja, jaką było czytanie, zniknęła. Nie wiem jak to się stało, ani kiedy, grunt, że biorąc książkę do ręki odczuwam niczym
nie uzasadnione obrzydzenie. W miejsce ekscytacji pojawiła się niechęć. Tak samo jest z pisaniem. Z jednej strony wciąż coś mnie do tego ciągnie, z drugiej zaś... znów ta niechęć. Niechęć i poczucie bezsensu. Chyba zacznę powtarzać jak mantrę słowa Gandhiego: "Cokolwiek zrobisz, będzie nieznaczące, lecz jest bardzo ważne, byś to zrobił", choć w tej chwili zgadzam się jedynie z pierwszą częścią tego zdania. Im częściej myślę o przyczynach takiego stanu rzeczy, tym bardziej uświadamiam sobie, że to szkoła wywarła na mnie to piętno. Że to między innymi przez szkołę
popadłam w ten
wszechogarniający marazm. Te wszystkie nudne, szablonowe wypracowania odbierające nawet najmniejszą cząstkę
indywidualności, te narzucone z góry lektury, czytane nie dla przyjemności, tylko dla zaliczenia i ich sztampowe omawianie w klasie... To wszystko musiało się tak skończyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz