sobota, 22 maja 2010

Sobotnim wieczorem...

Uff! Od dwóch dni nie pada! Dopiero teraz poczułam, że mamy maj. W dodatku koniec maja. Tak jak myślałam, prezentację skończyłam dopiero dziś. :/ Nie pomyliłam się nawet o jeden dzień we wcześniejszych spekulacjach. No, ale i tak jestem z siebie dumna :) Teraz pozostało mi się jeszcze nauczyć trzech stron tekstu, co zrobię zapewne jutro i w poniedziałek po godzinie 16:00 z szeroko otwartymi ramionami powitam tak długo wyczekiwaną czteromiesięczną wolność! Wreszcie będę mogła robić coś sensownego. Wreszcie będę mogła bez wyrzutów sumienia siąść i cały dzień spędzić na balkonie w książką w ręku. Mmm... Chyba czuję, że powracam do świata żywych.
Tym razem łatwiej było mi też przejść do porządku dziennego po zeszłotygodniowym telefonie pewnego mężczyzny. Pozbieranie się zajęło mi znacznie mniej niż tydzień. Chyba już jednak nie zostało nic z moich dawnych uczuć do niego. Nie myślałam, że to kiedyś powiem, ale chyba dobrze, że właśnie tak się to wszystko potoczyło. Przyznaję, ten rok był dla mnie dość trudny, ale i w tym przypadku sprawdziło się ludowe porzekadło głoszące, że "co nas nie zabije, to nas wzmocni". Nie mam już żalu ani do siebie, ani do niego. Widać tak musiało być. Nie wiem jednak, czy byłabym gotowa na kolejne spotkanie z nim, po roku... Sądzę, że byłoby to tylko rozdrapywanie starych ran. Choć jestem o wiele silniejsza to myślę, że mogłoby to jeszcze zaboleć...

poniedziałek, 17 maja 2010

Miłość o zapachu kamelii

Są w naszym życiu takie zapachy, które są pomostem pomiędzy szczególnymi wydarzeniami z przeszłości, a teraźniejszością. Zapach maminej szarlotki i babcinych pierogów przywodzi na myśl szczęśliwe i beztroskie chwile dzieciństwa. Zapach lasu przypomina piesze wędrówki, a zapach popcornu pierwsze wyjście do kina. Dla mnie szczególnym zapachem jest zapach mydła w płynie Nivea Diamond Touch Biała Kamelia. Używałam go w jednym ze szczęśliwszych okresów w moim życiu. W okresie Miłości. Było to rok temu. Przez ten rok bardzo wiele się wydarzyło, rzeczy dobrych i złych, ale wystarczyło, bym raz powąchała zapomniany zapach mydła i najpiękniejsze chwile tamtego czasu stanęły mi przed oczyma. Zapach ten jest dla mnie swego rodzaju katalizatorem dobrych wspomnień. Nic innego nie powoduje, że ze szczegółami przypomina mi się pierwsza randka, potem kolejna i następna, wycieczka rowerowa, podczas której siedziałam wtulona w Jego ciepłe ciało na ławce nad jeziorem podczas zachodu słońca. Zapach białych kamelii jest Jego zapachem, zapachem Jego włosów i Jego ciała. Jest symbolem Jego silnych ramion i ich uścisku, Jego zielonych oczu, ich karcącego spojrzenia i wesołego uśmiechu, który tak często gościł na Jego wargach. Teraz nie ma Go przy mnie. Okres szczęścia trwał zbyt krótko. Piękne chwile prysnęły jak bańka mydlana, powstała z mydła o zapachu kamelii, i, choć zdążyłam się już pozbierać, ból skryty na dnie mojego jestestwa nadal daje o sobie znać lodowatymi, przeszywającymi szarpnięciami w okolicach serca, rozrywając je na kawałki.

sobota, 15 maja 2010

Prokrastynacja

Niedawno przeczytałam w "Charakterach" bardzo ciekawy artykuł na temat prokrastynacji, czyli odkładania wszystkiego na potem. Fajnie jest dowiedzieć się, że nie jest się po prostu leniwym, tylko cierpi się na takową przypadłość. Niestety (albo stety) między prokrastynacją a zwykłym lenistwem nie można postawić znaku równości. Bowiem prokrastynator nie spędza swojego czasu na nic nie robieniu, tylko ima się różnych zajęć w zamian tego, które musi wykonać. Na przykład zamiast odrobić lekcje, czy nauczyć się do sprawdzianu, wyrzuca śmieci, robi pranie, zmywa naczynia, pomaga młodszej siostrze itp. itd. łudząc się, że owe zajęcia są równie pożyteczne i uspokajając tym swoje sumienie. Ja mam taki problem już od dłuższego czasu i właściwie nie wiem jak sobie z nim poradzić. Generalnie jeśli wiem, że muszę coś zrobić, to ostatecznie to robię, ale w jak najpóźniejszym terminie. Przykładowo, teraz siedzę i piszę tę notkę, choć wiem, że powinnam pisać prezentację na maturę ustną z polskiego, którą mam już 24 maja. Zapewne skończy się tak, że napiszę całkiem niezłą prezentację i dostanę za nią sporo punktów, ale przed 22 maja na bank jej nie skończę. Mimo że jestem cholernie na siebie zła i nieznoszę siebie za to, to nic nie mogę na to poradzić. Najgorsze są te ciągłe, męczące wyrzuty sumienia przez, które nie mogę spać spokojnie ani spotkać się bezstresowo z przyjaciółmi, bo wciąż mam pełną świadomość tego, że jakaś ważna praca wisi nade mną...

piątek, 14 maja 2010

Nad sensem nocne rozmyślania

Od jakiegoś czasu usilnie rozmyślam nad sensem mojego życia. Niestety coraz częściej dochodzę do przykrego wniosku, że ono właściwie sensu jest pozbawione. Mimo to wciąż szukam, sama nie wiem czego, ale szukam. Niedawno z przerażeniem stwierdziłam, że moja jedyna i największa pasja, jaką było czytanie, zniknęła. Nie wiem jak to się stało, ani kiedy, grunt, że biorąc książkę do ręki odczuwam niczym nie uzasadnione obrzydzenie. W miejsce ekscytacji pojawiła się niechęć. Tak samo jest z pisaniem. Z jednej strony wciąż coś mnie do tego ciągnie, z drugiej zaś... znów ta niechęć. Niechęć i poczucie bezsensu. Chyba zacznę powtarzać jak mantrę słowa Gandhiego: "Cokolwiek zrobisz, będzie nieznaczące, lecz jest bardzo ważne, byś to zrobił", choć w tej chwili zgadzam się jedynie z pierwszą częścią tego zdania. Im częściej myślę o przyczynach takiego stanu rzeczy, tym bardziej uświadamiam sobie, że to szkoła wywarła na mnie to piętno. Że to między innymi przez szkołę popadłam w ten wszechogarniający marazm. Te wszystkie nudne, szablonowe wypracowania odbierające nawet najmniejszą cząstkę indywidualności, te narzucone z góry lektury, czytane nie dla przyjemności, tylko dla zaliczenia i ich sztampowe omawianie w klasie... To wszystko musiało się tak skończyć.